Uważam, że w życiu każdego z nas istnieje wiele sztuk. U mnie ewidentnie różnorodnie. Sztuka życia ostatnio kuleje - tydzień minął pod znakiem kulenia się pod własnym ogonem i cierpienia z powodu opuchniętego gardła. Sztuka kulinarna coraz ciekawsza w moim wykonaniu: zostałam pochwalona za obiad, a w pracy mam okazję wypiekać babeczki przez bite siedem godzin dziennie.
Z dodatkowych informacji, wszystkim ciekawskim smakoszom polecam lokal w Toruniu, który ostatnio odwiedziłam - Restauracja Ciasna, ulica Podmurna 17, dania wegetariańskie i bezglutenowe. Ciekawa (DARMOWA) przystawka, bezbłędne placki marchewkowe i zupa z pasternaku. Po uczcie każdy gość otrzymuje przysłowiową wisienkę na torcie: bezpłatne ciasteczko. Kosz mojego obiadu wyniósł 20 zł, a moje podniebienie było połechtane przez cały dzień.
Jedynym minusem jest tytułowa ciasnota, panująca w lokalu. Chociaż... pewnie dlatego każde danie wydaje się konkretnie dopieszczone.
Wracając do moim zawirowań ze zdrowiem. Lisim sposobem na doskwierający ból gardła jest zatopienie się pod kolejnymi warstwami tkanin, pod którymi czujemy się bezpiecznie i swojsko. Wielki, rozciągnięty sweter, miękki polarowy kocyk do przytulenia (mój w kolorze dojrzałej śliwki) i oczywiście ciepła kołdra to idealny zestaw dla każdego chorującego lisiego przyjaciela.
Osobiście wierzę w cudowne właściwości herbaty rozgrzewającej, w której jednym ze składników jest utarty imbir. Jest to bylina, która podobno pomaga w stanach zapalnych górnych dróg oddechowych. Dla mnie ma idealny, szczypiący w język smak i wspaniały, mocny zapach. Preferuję połączenie go z plasterkiem cytryny, chociaż ostatnio wyczytałam o szkodliwych właściwościach tego owocu w gorącej herbacie, więc piszę tu o swoich upodobaniach.
Z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim picie wody z sokiem z cytryny, gdyż ma całą gamę pozytywnych cech, z dbaniem o naszą odporność na czele. Wracając do mojego trunku, łyżeczka miodu to dopełnienie jego pyszoty. Do tego wszystkiego warto dodać odrobinę miłości, czyli poprawiacz humoru, który zdaje egzamin w moim przypadku: miły telefon do mamy/przyjaciółki/chłopaka, w którym wyrzucam jak bardzo jest tragicznie (zazwyczaj mogę liczyć na sto kilo współczucia i dobrego słowa). Jeśli mam siłę to odpalam ulubiony serial i oglądam go z kocykowego kopca, a jak jej nie mam to śpię. Spanie polecam każdemu, kto czuje wiosenne przeziębienie.
Mówiąc o wiośnie, chciałabym wspomnieć o pracy pewnego nietypowego artysty. Jego odzwierciedlenie tej pory roku sprawia, że przypominam sobie dlaczego tak bardzo ją lubię. I nie, nie chodzi wcale o to, że już niedługo wypadają moje urodziny... W każdym razie, mowa o Giuseppe Arcimboldo. Cztery pory roku stworzone są z adekwatnych dla każdej błogosławieństw natury.
Mnie najbardziej uderzyło, że malarz żył w XVI wieku, a jego portrety są bardzo wyszukane, innowacyjne, zaskakujące odbiorcę. Tym samym spełniał przykazania manieryzmu: w twórczy sposób konwertował naturę. Przez sobie współczesnych uważany był zapewne za dziwaka, doceniony został dopiero przez surrealistów, takie tam kilka wieków później.
sztuka i wszystkie jej przejawy w codziennym życiu, opisane wprawnym okiem przyszłego krytyka
środa, 18 marca 2015
wtorek, 17 lutego 2015
Miasta z duszą, czyli kilka słów o Edwardzie Dwurniku
Nie mam ostatnio zbyt wiele czasu na cokolwiek, dlatego wybaczcie brak polotu w tym miejscu. Dziś nadrabiam.
Autor nie skupia się jedynie na ukazaniu największych metropolii. Każdy obraz to wariacja na temat danego obszaru, spojrzenie z lotu ptaka na jedną scenę miejską. Fragmenty topografii umieszczone są niekoniecznie zgodnie z rzeczywistością. Bohaterami najczęściej są domy, otoczenie, a ludzie – jeśli już odnajdujemy te malutkie postacie – odgrywają role epizodyczne. Wyjątkiem są płótna „Zamość”, a także „Wiejski Pałac Kultury”, na których człowiek wysuwa się na pierwszy plan. Jest potwierdzeniem istnienia, miejskiego gwaru czy jestestwa. Spoglądając na, najczęściej bardzo kolorowe i szczegółowo oddane fragmenty architektury, nie dopatruję się w nich realności.
To wizje innego,
bajkowego kraju, w którym każde, najmniejsze okienko odgrywa swoją
szczególną rolę w tym teatrze. Tak jakby każde miasto było dla
jego mieszkańców sceną. Ta bijąca w oczy, wręcz fluorescencyjna
kolorystyka, hipnotyzuje. Najwspanialszym tego dowodem jest pejzaż
Poznania z 1997 roku (fot. obok). Operowanie plamą barwną przypomina fowizm,
znany z twórczości Matisse'a. Najbardziej zadziwiające, że obrazy
nie wydają się trudne do technicznego odwzorowania, lecz znaczący
jest tutaj wkład artysty w szczegółowe odtworzenie detali.
Nagromadzenie wielu elementów potrafi przytłoczyć, ale także
wzbudzić podziw i zainteresowanie. Myślę, że autor w ten sposób
chciał zabawić się z odbiorcą, rozbudzić i ożywić smutny
naród: drzewka przypominające lizaki czy baloniki albo ledwie
dostrzegalny słoń na warszawskiej starówce to krok w stronę
widza, że nie wszystko musi być jedynie białe lub czarne czy
przezroczyste... Wbrew pozorom Cykl IX to nie tylko popis użycia
kreski w odzwierciedleniu architektury, lecz także usytuowanie
refleksji „między wierszami”.
Obok szalonych,
nasyconych kolorystycznie wizji miast w Cyklu IX pojawiają się
miejscowości nazwane przez Dwurnika „błękitnymi”. Szczecin,
Wiedeń czy Zurych są wzorem zastosowania gamy niebieskiej.
Przypomina to w pewnym sensie wyciszony okres w twórczości Picassa.
Podążając tym tropem można podejrzewać, że rezygnacja z barwy
świadczy o tym, że wycieczki do tych konkretnych miejsc wiążą
się ze szczególnymi wspomnieniami artysty.
Oto Lisek i jego ukochany, z serii: miłe gesty.
*
Dziś postanowiłam pochwalić się recenzją, którą napisałam na zaliczenie semestru. W ramach ćwiczeń miałam narzuconego autora, a moja praca miała odnieść się pozytywnie do jego twórczości. Zarobiłam 4+.
Miasta z duszą
Jednego nie można
zarzucić Edwardowi Dwurnikowi: lenistwa. Od lat 60. wytrwale zdobywa
wiedzę na temat pasjonujących go dziedzin: malarstwa, grafiki i
rzeźby.
Jest to artysta
przetwarzający swoje spostrzeżenia w dzieła. Obok tematów
zaangażowanych politycznie, Dwurnik tworzy prace refleksyjne,
ukazujące abstrakcyjne, wyciszone wizje morza.
Wykonał sporo cykli,
opowiadających, przykładowo, o losach ludzi żyjących w
komunistycznej rzeczywistości, zajął się upamiętnieniem ofiar
walki ze stalinizmem.
Moją szczególną uwagę
zwrócił Cykl IX, który artysta zaczął tworzyć w czasie
studiów na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, a który kontynuuje
do dnia dzisiejszego.
„Podróże autostopem”
to rysunkowe, niekiedy komiksowe spojrzenie na polskie oraz
zagraniczne miasta i miasteczka, odwiedzone przez autora.
Weduty artysty zostały
zainspirowane pracami innego znaczącego dla Dwurnika malarza –
Nikifora. Plastyk przyznał, że dopiero po obejrzeniu wystawy
Krynickiego w 1965 roku dowiedział się jak prawidłowo chce
ukazywać elementy architektury. Zafascynowało go podejście do
odzwierciedlania wszystkiego, co „zobaczone”.
Cykl IX cechuje
różnorodność. Obok zaakcentowanych centralnie budynków – jak w
wypadku Wiednia – spoglądamy na rytmicznie osadzone domostwa, bez
linii horyzontu i wyraźnej perspektywy – Białogard, Nowy Jork
czy Wenecja (na fot. obok).
Autor nie skupia się jedynie na ukazaniu największych metropolii. Każdy obraz to wariacja na temat danego obszaru, spojrzenie z lotu ptaka na jedną scenę miejską. Fragmenty topografii umieszczone są niekoniecznie zgodnie z rzeczywistością. Bohaterami najczęściej są domy, otoczenie, a ludzie – jeśli już odnajdujemy te malutkie postacie – odgrywają role epizodyczne. Wyjątkiem są płótna „Zamość”, a także „Wiejski Pałac Kultury”, na których człowiek wysuwa się na pierwszy plan. Jest potwierdzeniem istnienia, miejskiego gwaru czy jestestwa. Spoglądając na, najczęściej bardzo kolorowe i szczegółowo oddane fragmenty architektury, nie dopatruję się w nich realności.
Obok szalonych,
nasyconych kolorystycznie wizji miast w Cyklu IX pojawiają się
miejscowości nazwane przez Dwurnika „błękitnymi”. Szczecin,
Wiedeń czy Zurych są wzorem zastosowania gamy niebieskiej.
Przypomina to w pewnym sensie wyciszony okres w twórczości Picassa.
Podążając tym tropem można podejrzewać, że rezygnacja z barwy
świadczy o tym, że wycieczki do tych konkretnych miejsc wiążą
się ze szczególnymi wspomnieniami artysty.
Dla mnie poszczególne
obrazy są fascynujące, ponieważ są zapisem wędrówki Edwarda
Dwurnika, artystycznych inspiracji i zmian jakie w nim nastąpiły od
pierwszego płótna – wieczorów w Grochowie- z 1966 roku do
ostatniego – ilustrującego Pragę – z 2009. Każde dzieło to
osobna historia, którą mam ochotę zagłębiać i podziwiać.
Zastanawiam się, co spotkało Dwurnika w każdym z odwiedzonych
miast i czasami chciałabym, żeby polskie realia były równie
dynamicznie kolorowe, jak w wyobraźni i na malowidłach autora.
piątek, 6 lutego 2015
wernisaż nie taki straszny jak go malują
Dzisiaj była prześwietna okazja, żeby sprawdzić, czy Toruń żyje, jeśli mowa o światku kulturalnym. I faktycznie, sporo osób ruszyło do Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie doktoranci z Wydziału Sztuk Pięknych mieli swój wernisaż.
Przeciętny Kowalski kojarzy to słowo, wydarzenie z czymś, czego warto unikać, bo całe zdarzenie kojarzy się z dostojną, przez duże "S" pisane, Sztuką i zebraniem nadętego, zamkniętego grona.
Samo wyrażenie pochodzi z francuskiego - vernissage - i jest miłym spotkaniem otwierającym wystawę. W każdym razie dzisiaj było przyjemnie. Zero przepychanek, chociaż od ludzi gęsto: uśmiechy, ekscytacja, pełno pozytywnych emocji, rozmówki, dyskusje, a przecież o to chodzi w tej całej sztuce.
Temat potraktuję nieco humorystycznie*, pytając: co na taki w e r n i s a ż ubrać, jeśli już jesteśmy zmuszeni/mamy ochotę się wybrać?
Zauważyłam, że osoby związane w jakiś sposób ze światem kulturalnym często preferują styl tak zwanego luzaka. Dominują pozaciągane sweterki, koszule dwa rozmiary za duże, luźne bluzy, eko torby, zabawne lub intelektualne napisy i czapeczki.
Muszę wspomnieć o częstych szalonych wzorach, kolorach, fakturach - skreśl niepotrzebne. Inny typ to osoby wielbiące styl basic, czyli prosto i skromnie. Nie ma wyroczni, jak wszędzie znajdą się tacy, który kompletnie nie patrzą na to, co na siebie nakładają jak i tacy, którzy przesadnie dbają o wygląd.
Dzisiaj skusiłam się na niewymuszoną elegancję, czyli styl, który przed chwilą sama wymyśliłam na potrzeby tej notki. Cechą takiej stylizacji jest kołnierzyk. Zawsze. Tutaj zdecydowałam się na koszulę, którą kiedyś zawinęłam mamie. Do tego można założyć marynarkę lub sweterek.
![]() |
Zestawiłam to ze spodniami z podwyższanym stanem. Istotne, żeby spodnie miały kieszenie. Postawa przybiera nonszalanckiego tonu i człowiek wygląda na kogoś, kto sporo wie i zna się na rzeczy. Wkładając łapki do kieszeni można łatwo dodać sobie odwagi, w momencie, w którym okazuje się, że abstrakcja geometryczna nie niesie za sobą (DLA NAS) żadnego przekazu. Do tego przydatne są także akcenty dekoracyjne jak zegarek albo ulubione skarpetki. Nie oszukujmy się, że pójdziemy na jedną wystawę i zostaniemy wykwintnymi znawcami sztuki. Ale... zawsze można pójść i spotkać kogoś wyjątkowego.
Ja dzisiaj spotkałam - przy okazji przelotnego spojrzenia na wcześniejszą wystawę zdjęć World Press Photo 2014:
Fenek pochodzi z rodziny psowatych, ale tak jak każdy lisek, jest drapieżnikiem. Ten poniżej został sfotografowany w zagrodzie dla owiec, w Tunezji. Generalnie, te zwierzątka spotkać można na terenach krajów arabskich: stał się nawet symbolem Algierii. Zgarnął pierwsze miejsce w kategorii zdjęć pojedynczych. Autorem jest Bruno D'Amicis. Na jego stronie internetowej znaleźć można więcej uroczych, wielkouchych fenków i niesamowitych przedstawień nieokiełznanej natury.
*oczywiste, że nie mam zamiaru nikogo obrazić swoją paplaniną, są to moje luźne uwagi pół-żartem.
czwartek, 5 lutego 2015
przedstaw się, pan, panie Lisie
Imię: Lisek
Nazwisko: Krytyczek
Wiek: reprodukcyjny
Miejsce występowania: kujawsko - pomorskie
Zajmuję się sztuką (mniej lub bardziej profesjonalnie) i wszystkim, co czule połechta mój ogonek.
Na pytanie jak pisać o współczesnej sztuce, amerykański publicysta Andrew Beardini odpowiedział: nie pisać wcale. Jak powszechnie wiadomo, każdy dziki lis miewa swoje nastroje, dlatego z wymuszonym uśmiechem na pysku pora podziękować panu publicyście za radę i zakasać łapy do roboty. Mam nadzieję, że ta przygoda potrwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



%2C1997%2Colej%2Cplotno%2C150x200cm.jpg)
1997%2Colej%2Cplotno%2C150x200cm%2B(1).jpg)



